Posts Tagged unia europejska

Uniofrenia

Od kiedy tylko pojawiła się opcja wstąpienia Polski do UE, byłem tego gorącym zwolennikiem. Wierzyłem w to, że w grupie państw o dobrze zorganizowanych gospodarkach i rządach łatwiej będzie poprawiać sytuację gospodarczą naszego kraju. Niestety, nie przewidziałem tylko skutków ubocznych.

Generowanie nadmiarowych i często bzdurnych przepisów jest jednym z podstawowych działań wszelkich machin biurokratycznych, niezależnie od szczebla. Niestety nadmiarowość wydawanych przepisów rośnie wraz z położeniem “szczebla” w drabinie władzy. Trzeba bowiem pamiętać, iż naczelną zasadą, jaką kieruje się “władza”, jest: KONIECZNOŚĆ POTWIERDZENIA KONIECZNOŚCI ISTNIENIA. No bo mogłoby się zdarzyć, że mała ilość zarządzeń, ustaw, rozporządzeń i tym podobnych doprowadziłaby do powstania wśród rządzonych pytania: Po co nam władza, skoro nic nie robi?

Znając zacytowaną powyżej definicję, możemy łatwiej znieść ustaw(owe)iczne głupoty popełniane przy wydawaniu kolejnych zarządzeń. Jesteśmy uodpornieni, bo wiemy, że “oni” tak muszą.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby te “lapsusy” prawne sprowadzały się jedynie do “krzywizny banana” i ilości szczebli w drabinie. Można sobie wyobrazić, że gdzieś, na jakimś wyższym, niedostępnym przeciętnemu Kowalskiemu, poziomie abstrakcji, istnieje konieczność pomiarów długości i kąta ugięcia ogórka zielonego. Taki przepisy wydają się być stosunkowo mało szkodliwe i stosunkowo mocno śmieszne, więc przeciętny zjadacz chleba, który nie biega po markecie z kątomierzem, właściwie może się nimi nie przejmować.

Gorzej, kiedy przepisy powodują powstawanie pytań o ich zgodność z ogólnie przyjętą logiką. Tu dobrym przykładem jest sprzeciw Francji przeciwko polskim ogórkom kiszonym. No bo niby z jakiej racji sprzeciwia się ich dystrybucji – ze względu na sposób produkcji (według nich są to ogórki “popsute”) – kraj, który słynie ze sprzedawania “popsutych” serów. Kiedy zaczynamy się przyglądać takim przepisom, zaczyna rodzić się niechęć do innych członków wspólnoty europejskiej i pojawia się podejrzliwość w stosunku do forsowanych przez nich zapisów formalnych.

Natomiast klinicznym objawem tytułowej “uniofrenii” jest to, co dało się zaobserwować w dziedzinie rybołówstwa. No bo jak inaczej, niż schizofrenią na poziomie unijnym, można nazwać sytuację, jakiej świadkiem byłem kilka dni temu na jednym z kanałów telewizyjnych.

Najpierw w newsach pojawił się kilkuminutowy reportaż o tym, że gospodarka morska jest nadmiernie rabunkowa, że należy dbać o zasoby morskie, że należy pilnować limitów, w związku z czym wprowadzony zostaje zakaz połowu dorszy przez polskich rybaków do końca roku. Nadmierna eksploatacja może doprowadzić do zniszczenia ekosystemów morskich, to fakt, ale dlaczego polscy rybacy mają zakaz? A inni?

Ale to dopiero początek rozdwojenia jaźni. Tuż po podaniu informacji o wprowadzeniu ograniczeń połowowych, nastąpiła przerwa na reklamy. I tu moim zdziwionym oczom ukazała się pani, która w swojej łazience pod prysznicem odkrywa rybę, która “wpływa na wszystko” – w przypadku tej pani, na wzrok. Zadaniem tej reklamy jest… nakłanianie Polaków do zwiększenia konsumpcji ryb. Co więcej, z drobnych napisów na dole ekranu uważny widz może się dowiedzieć, że ogląda tą reklamę dzięki środkom… tak, tak, nie mylicie się drodzy Czytelnicy, dzięki środkom Unii Europejskiej. Hurra!!

No i tu pojawia się poważne pytanie: to jak na prawdę jest? jemy za mało ryb? łowimy za dużo? ktoś podprowadza po drodze te ryby? A może problem polega na tym, że jemy za mało ryb złowionych przez niemieckich rybaków? A może przez francuskich?

I kiedy już nie znajdziemy odpowiedzi na powyższe pytania, bo ich znaleźć nie można, to zaczniemy sobie zadawać całkiem nowe: czy na pewno “strzałka ugięcia ogórka” jest jedynie śmiesznym przepisem? czy przypadkiem “wyższy poziom abstrakcji” nie leży w kieszeniach właścicieli wielkich korporacji?

interia.pl

Dodaj komentarz

Polska przystąpi do EMU 1 stycznia 2012 r.

We wtorek Rada Ministrów przyjęła mapę drogową wejścia Polski do strefy euro – poinformował premier Donald Tusk na konferencji po posiedzeniu rządu.

Postanowiliśmy zachować ten ambitny kalendarz przygotowania Polski do końca 2011 roku – powiedział. Harmonogram zakłada, że Polska przystąpi do EMU 1 stycznia 2012 r. “Chcemy zachować ambitny kalendarz przygotowania Polski (do przyjęcia euro – PAP) do końca 2011 roku. Zdajemy sobie sprawę, że będzie potrzebna współpraca z opozycją, po to, aby zmienić konstytucję. Będziemy przekonywali także pana prezydenta, aby stał się patronem tego przedsięwzięcia” – powiedział szef rządu. “Intencją rządu jest, aby w 2011 r. Polska spełniała nominalne kryteria konwergencji.

Pozwoli to, po wydaniu przez Komisję Europejską pozytywnej opinii dotyczącej wejścia Polski do strefy euro i uchyleniu derogacji przez Radę ECOFIN, na przyjęcie przez nasz kraj wspólnej waluty europejskiej 1 stycznia 2012 r.” – czytamy w komunikacie Centrum Informacyjnego Rządu. Według CIR, przyjęcie przez Polskę euro przyczyni się “do zwiększenia napływu inwestycji bezpośrednich oraz łatwiejszego dostępu polskich przedsiębiorstw do głębokiego rynku kapitałowego Wspólnoty”. Przed zmianą lokalnej waluty na euro każdy kraj musi spełnić tzw. kryteria z Maastricht. Inflacja nie może być wyższa niż 1,5 pkt proc. od średniej stopy inflacji w trzech krajach UE, gdzie inflacja była najniższa. Długoterminowe stopy procentowe nie mogą przekraczać więcej niż o 2 pkt proc. średniej stóp procentowych w trzech krajach UE o najniższej inflacji. Ponadto dług publiczny nie może przekraczać 60 proc. PKB, a deficyt budżetowy – 3 proc. PKB.

Moment wejścia do strefy euro poprzedza uczestnictwo w mechanizmie ERM2, gdy przez dwa lata dana waluta jest już związana z euro, a jej kurs może się wahać w stosunku do euro tylko o plus/minus 15 proc. Premier podkreślił, że sytuacja finansowa Polski nie wymaga “radykalnych, drastycznych i nerwowych ruchów” w przeciwieństwie do niektórych państw regionu i świata. “Chcemy podejmować decyzje adekwatne do stanu rzeczy” – powiedział. Do takich działań zaliczył przyjęty we wtorek przez rząd projekt ustawy, który wprowadza mechanizmy wsparcia dla instytucji finansowych w taki sposób, aby ich płynność nie była zagrożona. “To co jest zawarte w projekcie (ustawy o udzielaniu przez Skarb Państwa wsparcia instytucjom finansowym – PAP) to gwarancje depozytów międzybankowych na zasadach odpłatnych, bliskich komercyjnym sprzed kryzysu” – wyjaśnił obecny na konferencji minister finansów Jacek Rostowski. “Gwarancje będą mogły być udzielane tylko bezpiecznym i silnym kapitałowo bankom i nie będą pełne. (…) Przygotowujemy się na ewentualną konieczność używania tych instrumentów” – dodał szef resortu finansów. Według CIR, Skarb Państwa będzie mógł udzielić wsparcia zagrożonym utratą płynności bankom, funduszom inwestycyjnym lub ubezpieczycielom mającym siedzibę w Polsce.

“Wsparcie może być udzielane m.in. w formie gwarancji Skarbu Państwa, pożyczek skarbowych papierów wartościowych, sprzedaży skarbowych papierów wartościowych z odroczonym terminem płatności lub rozłożeniem płatności na raty” – czytamy w komunikacie CIR. “Zgodnie z projektem Skarb Państwa będzie mógł udzielić gwarancji spłaty przez banki kredytu refinansowego zaciągniętego w Narodowym Banku Polskim, aby nie straciły one płynności” – dodano w komunikacie. Z projektu ustawy wynika, że gwarancja może być udzielana do 50 proc. pozostającej do spłaty kwoty kredytu refinansowego. “Skarb Państwa mógłby też udzielić gwarancji spłaty kredytu oraz linii kredytowych, przyznanych przez banki innym bankom, aby utrzymały one płynność” – czytamy w komunikacie CIR. Decyzje o wsparciu będzie podejmował minister finansów po zasięgnięciu opinii szefa Komisji Nadzoru Finansowego oraz prezesa NBP.

interia.pl

Dodaj komentarz

Gazociąg: Za astronomiczne koszty zapłacą klienci

Obecny kryzys finansowy na świecie jeszcze mocniej postawił pod znakiem zapytania ekonomiczny sens inwestowania w rosyjsko-niemiecki gazociąg pod Bałtykiem – pisze w “Gazecie Wyborczej” Andrzej Kublik.

Budowa się opóźnia, a trasa jest ciągle zmieniana, bo protestują Szwedzi i Finowie. Obawiają się, że inwestycja spowoduje szkody ekologiczne na Bałtyku.

Tymczasem przez trzy lata projektowania koszty gazociągu już się podwoiły i sięgają 14 mld dol. To tylko przymiarki, bo pełnego rachunku za wszystkie instalacje Nord Stream nie ujawniono. Za astronomiczne koszty podmorskiej rury klienci w UE zapłacą wyższymi rachunkami za gaz.Zdaniem publicysty, jest jeszcze czas, by wycofać się z tego projektu. Budowa nowego gazociągu z Rosji do Europy będzie tańsza i mniej ryzykowna dla środowiska, jeżeli ułoży się go na lądzie zamiast pod dnem Bałtyku. – Taką propozycję od trzech lat zgłaszają kolejne polskie rządy – akcentuje w “Gazecie Wyborczej” Andrzej Kublik.

interia.pl

Dodaj komentarz

Kryzys finansowy ocali Wielką Brytanię?

Globalny kryzys finansowy, który dotknął też Wielką Brytanię, może mieć w pewnym sensie pozytywne skutki dla tego państwa. Chociaż na pewno część Szkotów uważa inaczej…

Co przyniósł Brytyjczykom “credit crunch” – kryzys finansowy, o którym codziennie jest głośno w każdych wiadomościach, na czołówkach gazet czy w codziennych rozmowach? Oczywiście – wzrost cen, wyższe rachunki za prąd czy gaz, groźbę rosnącego bezrobocia… Wszystko to sprawia, że przeciętny Brytyjczyk, przyzwyczajony do dobrobytu codziennego życia – bo ostatni finansowy dołek Wyspy przechodziły przecież na początku lat dziewięćdziesiątych – może poczuć się zestresowany.

Na pewno będzie jeszcze bardziej zestresowany, kiedy będzie Szkotem, marzącym o niepodległym państwie. Bo wiele wskazuje na to, że Szkocja musi na razie chyba odłożyć na półkę plany swej niepodległości.

Co prawda jeden z najsłynniejszych synów szkockiej ziemi, Sean Connery zapewnił, że wierzy święcie, iż jeszcze za jego życia Szkocja odzyska niepodległość utraconą w 1707 roku. Wielki aktor ma 77 lat i trudno mu w tym momencie odmówić wielkiego optymizmu. Bo chociaż lider rządzącej w Edynburgu Szkockiej Partii Narodowej Alex Salmond zapowiada, że referendum niepodległościowe przeprowadzone zostanie w 2010 roku, to jednak życie zaczyna pisać inny scenariusz dla kraju bitnych górali. Piękne plany zaczyna bowiem burzyć kryzys finansów. A ciosem w serce dla szkockiego snu o niepodległości jest to, co stało się z symbolami szkockiej bankowości – Royal Bank of Scotland upadłby z wielkim hukiem, gdyby nie finansowa pomoc rządu w Londynie, który wstrzyknął w RBS miliardy funtów pochodzące z podatków wszystkich Brytyjczyków. Przypomniał o tym niedawno na łamach “The Times” publicysta tej gazety Magnus Linklater, zauważając, że w ten właśnie sposób zawalił się jeden z dwóch fundamentów planu szkockiej niepodległości – silny i stabilny system bankowy.

Drugi również chwieje się niepokojąco. Szkoci, marząc o niepodległości, planowali, że w krótkim czasie osiągną podobnie mocną sytuacje ekonomiczną co Norwegia – źródłem dobrobytu miałaby być ropa z Morza Północnego – ale w sytuacji, gdy globalnej gospodarce grozi recesja, trudno liczyć na wysokie ceny ropy na światowych rynkach. W takiej sytuacji Szkocji jako niepodległemu państwu bardziej zagrażałaby wizja bankrutującej Islandii niż całkiem nieźle prosperującej – dzięki zgromadzonemu przez dekady kapitałowi – Norwegii.

Obserwatorzy uważają jednak, że przeciętny Szkot zadowolony jest z tego poziomu autonomii, jaki ma ich kraj w teraz – własny rząd, parlament, niezależność w wielu sprawach od Londynu, możliwość zmieniania wysokości podatków – a być może pragnąłby jedynie jeszcze więcej samorządności. Pytanie: jaka byłaby decyzja, kiedy kolejne powiększenie samorządności oznaczałoby krok w niepodległość? “Cudowny lek” na wszelkie kłopoty mógłby okazać się zabójczą trucizną, a zerwanie wszelkich związków z Koroną, po to, by z czasem budować na nowo chociażby relacje gospodarcze, mogłoby się okazać zadaniem ponad miarę.

Wielu komentatorów uważa więc, że hasła o szkockiej niepodległości są wykorzystywane cynicznie przez polityków tylko po to, by zbudować swą popularność i sięgnąć po władzę. Żeby było ciekawej, niezrażony niczym Salmond odpowiedział polemicznym tekstem na zarzuty w “Timesie”, uznając wszelkie przedstawione zagrożenia dla planów szkockiej niepodległości jako unionistyczne ataki, pozbawione realnych podstaw, a służące jedynie wzbudzaniu lęków. Cały czas wierzy, że przed Szkocją rysuje się droga drugiej Norwegii.

Czas pokaże, w co uwierzy szkockie społeczeństwo.

interia.pl

Dodaj komentarz

Sikorski: Europa nie wie, z kim ma do czynienia

Szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski powiedział, że prezydent przyjeżdżając na szczyt UE stworzył wrażenie, że Polska ma dwie polityki zagraniczne. Jego zdaniem to “niedopuszczalne”, że prezydent chce podejmować decyzje w imieniu rządu.

- Europa nie wie, z kim ma do czynienia – powiedział Sikorski szukaj dziennikarzom, tuż po rozpoczęciu szczytu.

Ponadto minister zagroził zawetowaniem wniosków końcowych ze szczytu, jeśli polskie postulaty w sprawie pakietu klimatyczno- energetycznego nie zostaną spełnione.- Prezydent nam znacznie utrudnił zadanie, bo stworzył rzeczywistość, w której nasi partnerzy nie mają jasności co do jednolitego stanowiska Polski. Polska nie może mieć dwóch polityk zagranicznych, a w tej chwili wygląda na to, że ma, bo stanowisko prezydenta w szeregu kluczowych spraw jest przeciwne do tego, jakie ma rząd – mówił Sikorski.

Jak podkreślił, prezydent “ustanowił siebie jako prezydenta opozycyjnego wobec rządu, a tutaj chce w imieniu rządu przemawiać i podejmować decyzje”. – To jest niedopuszczalne – uznał.

Na sali po rozpoczęciu sesji Rady Europejskiej pozostali premier Donald Tusk i prezydent Lech Kaczyński, ministrowie finansów i spraw zagranicznych opuścili salę.

- Jesteśmy dżentelmenami. Kiedy prezydent przyszedł, wyszliśmy z sali – powiedział dziennikarzom Rostowski.

- Prezydent ma precedencję protokolarną przed panem premierem, przede mną. I tak jak powiedział minister finansów: jesteśmy dżentelmenami, nie będziemy się szarpać – dodał Sikorski.

W nieoficjalnych rozmowach ze strony rządowej można było usłyszeć, że prezydent “walczył o krzesło”. – To obciach. Trzeba tę sprawę rozstrzygnąć raz na zawsze, niech zrobi to Trybunał Konstytucyjny – powiedział jeden z polskich polityków.

Minister finansów podkreślił, że w składzie delegacji jest premier, minister finansów i szef MSZ, ale – jak mówił – prezydent “uważa się za szefa delegacji”.

Sikorski mówiąc o rozmowach dotyczących pakietu klimatyczno- energetycznego tłumaczył, że “gramy o to, aby odwrócić decyzje z wiosny 2007 roku, które naraziłyby naszą gospodarkę na olbrzymie straty”.

- To jest pokerowa, koronkowa gra, w której Polska jest gotowa zgłosić weto. Weto, jeśli nastąpiłyby próby narzucenia nam przymusu osiągnięcia porozumienia w sprawie pakietu klimatycznego już w przyszłym miesiącu. Na to się po prostu nie godzimy – powiedział.

Sikorski dopytywany wyjaśnił, że chodzi o weto do wniosków końcowych szczytu, w których miałaby być określona “data przyjęcia ostatecznych technicznych rozwiązań”.

Rostowski nie zgodził się z oceną, że prezydent wygrał batalię o udział w szczycie. – Jeśli tylko o to mu chodziło, żeby usiąść na tym krześle, to oczywiście tak. Ale jeśli chodziło mu o to, a zakładam, że jednak gdzieś o to może mu chodziło, żeby polityka polska w UE była wzmocniona, to nie wygrał, tylko przegrał ze stratą dla Polski – powiedział.

INTERIA.PL

Dodaj komentarz

Jest zgoda w sprawie pakietu klimatycznego

Kanclerz Niemiec Angela Merkel ogłosiła na szczycie UE w Brukseli, że szefowie państw i rządów zgadzają się, by porozumienie w sprawie pakietu klimatyczno- energetycznego nastąpiło w grudniu.

- Dyskusja toczyła się wokół tego, jak powinniśmy wdrażać cele dotyczące ochrony klimatu, by znaleźć porozumienie przed końcem roku, to znaczy do szczytu (w grudniu) – powiedziała niemiecka kanclerz.

Polska już w środę zagroziła zawetowaniem takiej decyzji szczytu, o ile nie zostaną uwzględnione jej postulaty. Dotyczą one przede wszystkim uwzględnienia specyfiki polskiej gospodarki opartej na węglu. W negocjacjach przekonywała, że tylko pod takim warunkiem jest w stanie zgodzić się na termin grudniowy.

- Z punktu widzenia konferencji klimatycznej w Poznaniu to jest dobry termin, ale pod warunkiem, że specyfika takiego kraju jak Polska, którego energetyka jest oparta na węglu, została uwzględniona – powiedział sekretarz stanu w Kancelarii Premiera Rafał Grupiński na marginesie szczytu.

- Jeśli wszyscy się zgodzili, to znaczy, że zostały wywalczone nasze zapisy, bo bez nich naszej zgody by nie było – skomentował Grupiński wypowiedź Merkel.

Jak relacjonowali polscy dyplomaci, rząd domagał się wykreślenia z wniosków końcowych zapisu, że zaproponowany przez KE w styczniu pakiet klimatyczno-energetyczny tworzy “spójną całość, której równowaga i zasadnicze parametry muszą zostać zachowane”. Taki zapis – zdaniem Polski – ogranicza pole negocjacji w pracach nad pakietem.

Polski rząd był natomiast usatysfakcjonowany zastrzeżeniem we wnioskach końcowych, że celem dalszych negocjacji jest “znalezienie odpowiednich rozwiązań (…) dla wszystkich sektorów europejskiej gospodarki i dla wszystkich krajów członkowskich, mając na względzie specyficzną sytuację każdego z nich i czuwając nad stosunkiem kosztów do efektywności”.

- Specyficzne warunki poszczególnych krajów muszą być wzięte pod uwagę i to jest oczywiście w interesie Niemiec – powiedziała kanclerz Merkel.

Polska domaga się, by w pracach nad pakietem klimatyczno- energeytcznym uwzględnić specyfikę polskiej gospodarki opartej na węglu. Zbudowała koalicję dziewięciu nowych krajów członkowskich UE, które poparły polskie postulaty i w środę wydały wspólną deklarację.

Grupiński przyznał jednak, że koalicja może się okazać nietrwała.

Polska, z gospodarką w 94 proc. opartą na węglu, argumentuje, że realizacja ambitnych zobowiązań UE do redukcji emisji CO2 grozi drastyczną podwyżką cen prądu. A to dlatego, że KE zaproponowała, by wszystkie prawa do emisji w energetyce były sprzedawane na specjalnych aukcjach już od 2013 roku. Ponadto Polska twierdzi, że pakiet naraża na szwank bezpieczeństwo energetyczne, bo zmusza do rezygnacji z rodzimego wysokoemisyjnego węgla na rzecz importowanego gazu.

INTERIA.PL

Dodaj komentarz

Zabił 63-letnią żonę, bo nie była dziewicą

66-letni Brytyjczyk zabił swoją 63-letnią żonę, a następnie popełnił samobójstwo po tym, jak się dowiedział, że jego małżonka nie była dziewicą – informuje portal mirror.co.uk.

Kobieta skrywała swój sekret przez 46 lat. Załamany mężczyzna zasztyletował ją w domu, wsiadł do samochodu, a następnie rozpędził się i uderzył w drzewo.

Na kilka tygodni przed tragedią, mężczyzna został wypisany ze szpitala, do którego trafił po tym, jak próbował popełnić samobójstwo. Krewni zeznali, że błagali, aby szpital zatrzymał 66-latka, ponieważ mężczyzna miał problemy z psychiką i groził żonie, że ją zabije.

Kobieta wyznała mężczyźnie, że spała z innym, zanim zdążyli się pobrać w 1961 roku. Małżeństwo było bardzo burzliwe, a wyjawienie tajemnicy przez 63-letnią żonę sprawiło, że mąż stracił panowanie nad sobą.

INTERIA.PL

Dodaj komentarz

Ławrow: Polska popełniła błąd

Rosji nie podobała się reakcja Polski na konflikt na Kaukazie – powiedział w specjalnym wywiadzie udzielonym TVP Info Siergiej Ławrow, szef rosyjskiej dyplomacji. Dodał też, że Polska decydując się na tarczę antyrakietową popełniła błąd.

Ławrowszukaj w wywiadzie wyemitowanym w programie “Minął dzień” w poniedziałkowy wieczór w TVP Info nie ukrywał, że Moskwie nie podoba się postępowanie Polski w trakcie konfliktu na Kaukazie.

* “UE odpowiedzialna za działania Gruzji”

UE wzięła na siebie rolę głównego gwaranta niestosowania siły przez Gruzję przeciwko Osetii Płd. i Abchazji – oświadczył szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow. więcej »

- Żałujemy, że Polska wraz z trzema krajami bałtyckimi zajęła takie stanowisko w sprawie Gruzji, że nazwała rosyjską politykę “imperialną” i użyła twardych słów – powiedział TVP Info.
czytaj dalej

Podkreślił jednak, że Moskwa nie szuka zemsty. – Po prostu uważamy – jak każde państwo w podobnej sytuacji – że ocena Polski jest niesprawiedliwa i nie opiera się na faktach – zaznaczył szef rosyjskiego MSZ. – Nie będziemy za to nikogo karać. To przecież nas raczej chcą karać – mówił Ławrow komentując propozycje nałożenia na Moskwę sankcji przez UE. – Ten plan nie został jednak poparty przez Europę, to świadczy o tym, że wygrał zdrowy rozsądek – dodał Ławrow.

Ławrow zaznaczył, że Rosja chce się wycofać z Gruzji, ale stawia konkretne warunki.

- Chcemy jak najszybciej przekazać kontrolę nad strefami bezpieczeństwa wokół Południowej Osetii i Abchazji w ręce przedstawicieli międzynarodowych, w tym także w ręce UE. Ale będzie to dopiero możliwe, jeśli plan uzgodniony przez prezydentów Miedwiediewa i Sarkozy’ego będzie zrealizowany, jak międzynarodowe siły zostaną rozmieszczone wokół tych republik i będą mogły zagwarantować, że Gruzja nie powtórzy swojej agresji. Wtedy na pewno wycofamy się – wyjaśniał Ławrow.

Nie ukrywał też, że Rosja jest niechętna członkostwu Gruzji w NATO. – Jeśli teraz Gruzja będzie przyjęta do Sojuszu, będzie to jednoznacznie oznaczać, że NATO jest agresorem – zaznaczył.

Szef rosyjskiej dyplomacji przekonywał, że Moskwa nie zamierza zakręcać kurka z gazem krajom, które krytykują jej postępowanie na Kaukazie.

- Będziemy sprzedawać i ropę, i gaz, i inne bogactwa naturalne wszystkim tym krajom, które chcą je kupować – mówił Ławrow. Dodał, że Europa ma prawo niepokoić się o bezpieczeństwo energetyczne, ale nie ze strony Rosji. – Nie ma jednego dowodu na to, że nie wywiązaliśmy się choć z jednego kontraktu – podkreślił. – Niech Europa wybiera dowolne źródła dostaw, ale i tak wyliczenia wskazują, że ropa z Rosji będzie potrzebna. I to coraz bardziej – przyznał.

Podkreślił, że kwestia dywersyfikacji dostaw energii nie jest nowa i była wielokrotnie podnoszona na długo przed konfliktem rosyjsko-gruzińskim. Dodał, że sama Rosja ma dywersyfikację uwzględnioną w swoich długofalowych planach. I wyliczył różne międzynarodowe inwestycje, także z udziałem Polski, które Moskwa realizuje. – Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni – zapewnił. – Nie traktujemy tych kwestii na zasadzie “albo jesteście z nami, albo jesteście przeciwko nam”. Tak robi inne duże państwo… – zaznaczył.

Ławrow skomentował też w rozmowie z TVP Info kwestię zgody Warszawy na instalację amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce, a szczególnie to, że tę decyzję wiąże się z wybuchem konfliktu na Kaukazie.

- Czy to jest zemsta na nas za to, że obroniliśmy Południowych Osetyjczyków przed gruzińskim atakiem? Nie jest to szlachetne podejście – mówił. Dodał, że uważa naszą decyzję za błąd, ale mimo to, Moskwa nie zamierza wtrącać się do polskiej polityki. – Polska ma swój rząd, swój parlament, swoje procedury – podkreślał.

Przekonywał też, że ktoś podsyca antyrosyjskie nastroje. – Jeżeli polskie kierownictwo podejmuje decyzje na podstawie jakichś paranoi, na podstawie zupełnie wymyślonych zagrożeń, to ja nic na to nie poradzę – tłumaczył. – Jak słyszę komentarze, że teraz po Gruzji będzie Ukraina, Mołdawia, to świadczy to o chorej wyobraźni. Jest wiele osób, które chciałyby na sytuacji z Gruzją rozegrać antyrosyjskie cele – mówił.

interia.pl

Dodaj komentarz

Premier u prezydenta – każdy chce być szefem

Premier Donald Tusk przybył rano do Pałacu Prezydenckiego przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie na spotkanie z prezydentem Lechem Kaczyńskim.

Prezydent i premier mają uzgodnić wspólne stanowisko przed poniedziałkowym szczytem Unii Europejskiej poświęconym sytuacji w Gruzji. Na posiedzenie Rady Europejskiej wybiera się zarówno prezydent, jak i premier.

Tymczasem jak powiedział dziś szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak, to Donald Tuskszukaj będzie szefem polskiej delegacji na poniedziałkowy szczyt UE i to on będzie przedstawiał nasze stanowisko na spotkaniu przywódców Unii.Na tę Radę Europejską jedzie pan premier Tusk i minister spraw zagranicznych, szefem delegacji jest pan premier Tusk i on będzie wyrażał polskie stanowisko – oświadczył Nowak.

W czwartek wiceszef Kancelarii Prezydenta Piotr Kownacki mówił, że przewodniczącym polskiej delegacji na szczyt UE będzie “z urzędu” prezydent.

- Pan premier ma do przedstawienia na forum Rady Europejskiej bardzo konkretny plan dla Gruzji, reakcji na politykę rosyjską. Tam nie ma czasu na płomienne wystąpienia – powiedział szef gabinetu politycznego premiera.

Za spór jaki powstał wokół wyjazdu polskiej delegacji na szczyt Nowak obarczył Kancelarię Prezydenta. Jak ocenił, konflikt ten ośmiesza Polskę i kompromituje nasze instytucje władzy.

Nowak zaznaczył, że zgodnie z porządkiem konstytucyjnym politykę zagraniczną prowadzi rząd, a prezydent w przypadku podejmowania jakichś inicjatyw winien współdziałać z rządem.

Szef gabinetu politycznego premiera ujawnił co zawiera wysłany już do Brukseli tzw. non-paper, czyli rządowe stanowisko na szczyt. Jak zaznaczył jest on “ostry w tonie”. Jego założenia – według Nowaka – zna Lech Kaczyński.

Nasza propozycja – mówił – opiera się na trzech filarach: zdecydowanej postawie wobec Rosji, żądania natychmiastowego wypełnienia sześciu punktów planu Sarkozy-Miedwiediew oraz pomocy humanitarnej, gospodarczej i politycznej dla Gruzji. – Trzeba odbudować Gruzję – zaznaczył polityk.

W dokumencie nie ma mowy o sankcjach dla Rosji. Jednak Nowak zapewnił, że nasz głos na Radzie Europejskiej będzie “ostry i żądający wypełnienia pewnych zobowiązań”. Jeżeli to nie poskutkuje – dodał – Warszawa będzie żądała od UE przeglądu m.in. wspólnej polityki energetycznej.

Polityk zapewnił, że Polska będzie adwokatem Gruzji.

interia.pl

Dodaj komentarz

Wystąpił także do prezydenta o uhonorowanie ich Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego. Jak poinformował Klich, który odwiedził macierzystą jednostkę żołnierzy w Kazuniu, pogrzeb żołnierzy odbędzie się prawdopodobnie we wtorek. W Afganistanie służy obecnie trzecia zmiana polskiego kontyngentu wojskowego w ramach sił ISAF. Kontyngent, liczący do niedawna 1200 żołnierzy, jest w trakcie zwiększania, w listopadzie ma liczyć 1600 żołnierzy, którzy będą stacjonować głównie w prowincji Ghazni. W sumie w Afganistanie dotychczas zginęło ośmiu polskich żołnierzy. W sierpniu ub. r. śmiertelnie ranny w czasie ataku na patrol został ppor. Łukasz Kurowski. Pod koniec lutego tego roku dwaj Polacy – starszy kapral Szymon Słowik i starszy szeregowy Hubert Kowalewski zginęli, gdy ich samochód wjechał na minę w pobliżu bazy Sharana w prowincji Paktika. W kwietniu, również wskutek wybuchu pod samochodem, w prowincji Ghazni zginął kapral Grzegorz Politowski. W czerwcu na minę najechał kolejny pojazd z polskim patrolem – zginął wówczas ppor. Robert Marczewski.

Polska, Bułgaria i Rumunia to państwa UE najbardziej narażone na negatywne skutki przemian demograficznych – oceniają autorzy publikacji “Demograficzna przyszłość Europy”, zaprezentowanej w Berlinie.

Z ich badań wynika też, że najstarszym regionem Europy jest włoska Liguria; 13 proc. jej mieszkańców to osoby w wieku 75 lat.

Najlepiej w Europie pod względem liczby urodzeń i warunków sprzyjającym rozwojowi demograficznego wypadają kraje północy kontynentu, szczególnie Islandia (2,08 dziecka na kobietę) oraz regiony wokół stolicy Norwegii Oslo i stolicy Szwecji Sztokholmu. Eksperci z Berlińskiego Instytutu Badań nad Ludnością i Rozwojem oraz redaktorzy naukowego czasopisma “Geo” zbadali i porównali sytuację demograficzną 285 regionów państw UE oraz Islandii, Norwegii i Szwajcarii, szacując ich szanse na sprostanie wyzwaniom, jakie niesie przyszłość.

Według ogólnej prognozy dla całej Europy, jeżeli utrzyma się obecny poziom urodzeń – zgodnie z którym na jedną mieszkankę badanych krajów przypada średnio 1,5 dziecka – każde następne pokolenie będzie o jedną czwartą mniejsze niż poprzednie.

“Bez imigracji UE utraci w ciągu czterech najbliższych dekad 50 milionów obywateli” – prognozują autorzy publikacji.

Jednocześnie średni wiek mieszkańca UE wzrośnie w tym samym przedziale czasowym o 10 lat. Już obecnie co szósty ma więcej niż 65 lat, w 2050 roku w tym wieku będzie co trzeci obywatel UE.

Biorąc pod uwagę różne czynniki – jak liczbę urodzeń i osób starszych, sytuację ekonomiczną, rynek pracy, oświatę, warunki klimatyczne i zdrowie mieszkańców – autorzy publikacji sporządzili demograficzne rankingi państw i regionów Europy.

W zestawieniach tych Polska, podobnie jak część państw byłego bloku wschodniego, nie wypada korzystnie; z oceną 4,33 – w skali, w której 1 jest oceną najlepszą a 6 najniższą – znalazła się na trzecim miejscu od końca (przed Rumunią i Bułgarią).

“Statystycznie na jedną Polkę przypada 1,27 dziecka (dane z 2006 roku). Niski przyrost naturalny nie jest w stanie zrekompensować emigracji. Prognozy Eurostatu przewidują, że przy obecnych tendencjach do 2050 roku Polska straci 12 proc. populacji” – czytamy w publikacji.

Zdaniem jej autorów najgorzej pod względem rozwoju demograficznego wypadają województwa śląskie, opolskie i łódzkie, podczas gdy Mazowsze i Małopolska nie mają powodów do zmartwień; tam liczba ludności będzie dalej rosła.

Jednak – jak zaznaczyła na konferencji prasowej Ines Pessemeyer z magazynu “Geo” – Polska, która przeżyła w minionych kilku latach największą falę emigracji zarobkowej w swej powojennej historii, może powtórzyć historię Irlandii.

“W czasach kryzysu gospodarczego Irlandczycy, tak jak teraz Polacy, również emigrowali zagranicę, by powrócić w chwili rozwoju gospodarki” – powiedziała. Irlandia jest jednym z państw o najlepszej sytuacji demograficzno-ekonomicznej w Europie.

Według Reinera Klingholza z Berlińskiego Instytutu Badań nad Ludnością i Rozwojem, państwa europejskie powinny w większym stopniu “uczyć się od siebie nawzajem tego, jak skutecznie bronić się przed negatywnymi konsekwencjami starzenia się społeczeństw”.

Przykład krajów skandynawskich, a także Francji pokazuje, że jednym z najważniejszych czynników wpływających na wzrost liczby urodzeń jest możliwość pogodzenia przez rodziców pracy zawodowej z wychowaniem dzieci, w tym ulgi podatkowe i urlopy wychowawcze dla ojców.

Według Klingholza “receptami” na problemy demograficzne są także inwestycje w oświatę, innowacje i badania oraz wydłużenie okresu zatrudnienia.
INTERIA.PL

Dodaj komentarz

Starsze wpisy »
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.