Od kiedy tylko pojawiła się opcja wstąpienia Polski do UE, byłem tego gorącym zwolennikiem. Wierzyłem w to, że w grupie państw o dobrze zorganizowanych gospodarkach i rządach łatwiej będzie poprawiać sytuację gospodarczą naszego kraju. Niestety, nie przewidziałem tylko skutków ubocznych.
Generowanie nadmiarowych i często bzdurnych przepisów jest jednym z podstawowych działań wszelkich machin biurokratycznych, niezależnie od szczebla. Niestety nadmiarowość wydawanych przepisów rośnie wraz z położeniem “szczebla” w drabinie władzy. Trzeba bowiem pamiętać, iż naczelną zasadą, jaką kieruje się “władza”, jest: KONIECZNOŚĆ POTWIERDZENIA KONIECZNOŚCI ISTNIENIA. No bo mogłoby się zdarzyć, że mała ilość zarządzeń, ustaw, rozporządzeń i tym podobnych doprowadziłaby do powstania wśród rządzonych pytania: Po co nam władza, skoro nic nie robi?
Znając zacytowaną powyżej definicję, możemy łatwiej znieść ustaw(owe)iczne głupoty popełniane przy wydawaniu kolejnych zarządzeń. Jesteśmy uodpornieni, bo wiemy, że “oni” tak muszą.
I wszystko byłoby w porządku, gdyby te “lapsusy” prawne sprowadzały się jedynie do “krzywizny banana” i ilości szczebli w drabinie. Można sobie wyobrazić, że gdzieś, na jakimś wyższym, niedostępnym przeciętnemu Kowalskiemu, poziomie abstrakcji, istnieje konieczność pomiarów długości i kąta ugięcia ogórka zielonego. Taki przepisy wydają się być stosunkowo mało szkodliwe i stosunkowo mocno śmieszne, więc przeciętny zjadacz chleba, który nie biega po markecie z kątomierzem, właściwie może się nimi nie przejmować.
Gorzej, kiedy przepisy powodują powstawanie pytań o ich zgodność z ogólnie przyjętą logiką. Tu dobrym przykładem jest sprzeciw Francji przeciwko polskim ogórkom kiszonym. No bo niby z jakiej racji sprzeciwia się ich dystrybucji – ze względu na sposób produkcji (według nich są to ogórki “popsute”) – kraj, który słynie ze sprzedawania “popsutych” serów. Kiedy zaczynamy się przyglądać takim przepisom, zaczyna rodzić się niechęć do innych członków wspólnoty europejskiej i pojawia się podejrzliwość w stosunku do forsowanych przez nich zapisów formalnych.
Natomiast klinicznym objawem tytułowej “uniofrenii” jest to, co dało się zaobserwować w dziedzinie rybołówstwa. No bo jak inaczej, niż schizofrenią na poziomie unijnym, można nazwać sytuację, jakiej świadkiem byłem kilka dni temu na jednym z kanałów telewizyjnych.
Najpierw w newsach pojawił się kilkuminutowy reportaż o tym, że gospodarka morska jest nadmiernie rabunkowa, że należy dbać o zasoby morskie, że należy pilnować limitów, w związku z czym wprowadzony zostaje zakaz połowu dorszy przez polskich rybaków do końca roku. Nadmierna eksploatacja może doprowadzić do zniszczenia ekosystemów morskich, to fakt, ale dlaczego polscy rybacy mają zakaz? A inni?
Ale to dopiero początek rozdwojenia jaźni. Tuż po podaniu informacji o wprowadzeniu ograniczeń połowowych, nastąpiła przerwa na reklamy. I tu moim zdziwionym oczom ukazała się pani, która w swojej łazience pod prysznicem odkrywa rybę, która “wpływa na wszystko” – w przypadku tej pani, na wzrok. Zadaniem tej reklamy jest… nakłanianie Polaków do zwiększenia konsumpcji ryb. Co więcej, z drobnych napisów na dole ekranu uważny widz może się dowiedzieć, że ogląda tą reklamę dzięki środkom… tak, tak, nie mylicie się drodzy Czytelnicy, dzięki środkom Unii Europejskiej. Hurra!!
No i tu pojawia się poważne pytanie: to jak na prawdę jest? jemy za mało ryb? łowimy za dużo? ktoś podprowadza po drodze te ryby? A może problem polega na tym, że jemy za mało ryb złowionych przez niemieckich rybaków? A może przez francuskich?
I kiedy już nie znajdziemy odpowiedzi na powyższe pytania, bo ich znaleźć nie można, to zaczniemy sobie zadawać całkiem nowe: czy na pewno “strzałka ugięcia ogórka” jest jedynie śmiesznym przepisem? czy przypadkiem “wyższy poziom abstrakcji” nie leży w kieszeniach właścicieli wielkich korporacji?
interia.pl